Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Top 10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Top 10. Pokaż wszystkie posty

20.08.2015

Top 10 filmów, które polecam, odsłona pierwsza



Jako, że nie tylko oglądam horrory, postanowiłem pozwolić sobie na polecenie dziesięciu filmów, które może nie są stuprocentowo niezależnymi produkcjami, ale wiele z nich, mimo swojego geniuszu, na dzień dzisiejszy zostało zapomnianych. A szkoda, gdyż uważam je za jedne z najlepszych w swoim gatunku. Prócz skróconego opisu fabuły, obok każdej okładki będzie też kilka argumentów, dlaczego warto dany film obejrzeć. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim się spodobają te propozycje, gdyż każdy ma inne gusta, jednakże mam nadzieję, że w jakiś sposób te kilka nabazgranych słów zaintryguje do zobaczenia, czym jarano się kiedyś. Klasycznie, jak to mawiało się u mnie na uczelni, kolejność nie ma żadnego znaczenia.

W ramach eksperymentu dodałem zwiastuny tam, gdzie udało mi się znaleźć.

1. Freaks (Dziwolągi, 1932)
Zacznę od filmu zapomnianego, który przez wielu jest klasyfikowany jako horror. Świadczy to jednak o tym, że przedstawiony w tym dziele problem nie został zrozumiany przez widzów. Fabuła opowiada o cyrku, jednak nie takim, jak znamy dzisiaj. Cyrk ten jest pełen ludzi, którzy są w mniejszym lub większym stopniu upośledzeni, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Jest Książę Randian, ze względu na brak kończyn zwany Człowiekiem – Gąsiennicą (do dziś robi na mnie wrażenie scena, gdy sam podpala papierosa zapałką), jest karłowaty Harry Earls wraz z siostrą Daisy, którzy tu grają parę, jest grupka dzieci z mikrocefalią, jest nawet Josephine Joseph, pół kobieta, pół mężczyzna. Nie bez powodu wymieniłem część obsady, gdyż ludzie ci w większości wywodzili się z takich właśnie galerii osobistości. Jednak, prócz tych osób, są również cyrkowcy w żaden sposób niedoświadczeni przez los. Fabuła obraca się wokół miłości postaci granej przez Harry’ego do, nazwijmy to, normalnej akrobatki Cleopatry. Pomimo ostrzeżeń ze strony przyjaciół, mały Hans zakochuje się coraz bardziej i coraz bardziej daje się ośmieszać swojej wybrance. Wszystko zmienia się jednak, gdy otrzymuje dość spory spadek. Z pozoru prosta fabuła skrywa jednak drugie dno, które to tak bardzo przykuło mnie do ekranu. W roku, w którym powstał ten film, nie mówiło się jeszcze głośno o tolerancji, w USA biło się przecież murzynów, którzy mieli wszystko oddzielne, niższej jakości. Tod Browning postanowił jednak pod płaszczykiem historii miłosnej ukryć swoją własną przypowieść o tolerancji i człowieczeństwie, które wcale, według niego, nie wynika z tego, jak kto wygląda, a jakim jest tak naprawdę człowiekiem. Film wzbudził ogromne kontrowersje, co w sumie nie dziwi, biorąc pod uwagę specyficzną obsadę i konserwatywne spojrzenie na kino w czasach premiery, więc nawet, jeśli sama historia nie zachęca, warto zobaczyć, co kiedyś gorszyło cenzorów.

2. Heat (Gorączka, 1995)
Hollywood zna dwóch Michaelów specjalizujących się w filmach akcji. O ile ten dziś bardziej znany, Bay, stawia na cycki, wybuchy i denne dialogi, Michael Mann w swoich filmach stawiał na suspens, fabułę i w miarę realistyczne przedstawienie scen akcji. Ze wszystkich filmów tego reżysera, Heat właśnie uważam za jego magnum opus. Za argument wystarczyłyby właściwie nazwiska dwóch aktorów odgrywających główne role, ale do tego jeszcze przejdę, jarając się jak Londyn w 1666. Znów fabuła sprawia wrażenie prostej – ot jest to starcie umysłów i umiejętności pomiędzy doświadczonym funkcjonariuszem policji Los Angeles (wolę skrót LAPD), a posiadającym zbliżony poziom szlifów w swoim fachu włamywaczem i rabusiem. Obaj panowie są wspierani przez swoje ekipy, jednak to nie one świadczą o ich sile i potędze tego starcia. Czyni to coś innego. Po raz pierwszy w historii kina razem na ekranie pojawiają się Al Pacino i Robert De Niro. W końcu, po tak długich karierach, panowie ci nie tylko występują w jednym filmie (The Godfather II chociażby był wcześniej), ale również i dzielą sceny. Wyobraźcie to sobie – dwóch spośród najlepszych aktorów swego pokolenia we wspólnej scenie. I nie zagranej na odwal się, co to, to nie. Pojawiają się tu też inni znani aktorzy, chociażby Val Kilmer, Tom Sizemore, Ashley Judd, William Fichtner, czy tez mój prywatny ulubieniec, Danny Trejo, ale jakoś wydawali mi się, pomimo, iż świetnie odegrali swoje role, przyćmieni. Obraz Manna zainspirował wiele scen w grach komputerowych, dlatego tym bardziej miłośnikom tego typu rozrywki polecam, aby łatwiej dostrzegać pewne smaczki. Do tego film zawiera sporo autentyzmu. Przykłady? Proszę bardzo. Słynna strzelanina na autostradzie w 2002 roku została pokazana Marines jako wzór, jak należy wycofywać się pod ostrzałem. Konsultantami, prócz policjantów, byli też przestępcy i dwaj byli żołnierze SAS, w tym Andy McNab, członek słynnego patrolu Bravo Two Zero, wraz z innym znanym żołnierzem 22nd SAS Regiment, Chrisem Ryanem.


Ciekawostka:
Zadaniem Bravo Two Zero, ośmioosobowego patrolu SAS było zlokalizowanie irackich wyrzutni rakietowych typu SCUD. Dowództwo sił sprzymierzonych w Zatoce Perskiej obawiało się, że mogą one posłużyć do przenoszenia broni chemicznej. Zostali jednak odkryci przez pasterza owiec i jego syna i rozpoczęli wycofanie, niestety, oddział się rozdzielił. Trzech żołnierzy zginęło, czterech dostało się do niewoli, w tym McNab, a Ryanowi, wyczerpanemu, jako jedynemu udało się dotrzeć do Syrii. Zainteresowanych dokładniejszym rozwojem wydarzeń odsyłam do cioci Wikipedii. Chris Ryan prowadził później na Discovery program o oddziałach specjalnych.

3. Clerks (Sprzedawcy, 1994)
Po dwóch poważnych obrazach, pora na coś lżejszego, co jednak pod płaszczykiem komedii o dwudziestoparolatkach kryje całkiem zgrabny komentarz. Debiut Kevina Smitha jest przeładowany wulgarnymi dialogami, odniesieniami do seksualności, nawiązaniami do narkotyków, ale pod tym wszystkim opowiada o prozie życia dwudziestoparolatków. Bohaterami są dwaj sprzedawcy, jeden musi zastąpić kolegę w sklepie wielobranżowym pomimo dnia wolnego, drugi jest jego najlepszym przyjacielem pracującym w funkcjonującej obok wypożyczalni wideo. Zmagania z trudnymi klientami, problemy z kobietami i opowieści obfitujące w kwiecisty język, jakim przecież posługują się osoby w tym wieku to coś, w czym każda osoba w moim wieku się odnajdzie. Osobom młodszym będzie trochę trudniej, ze względu na mnogie nawiązania do lat dziewięćdziesiątych, w których dorastałem i które z pewną nostalgią wspominam, jednak testowałem film na osobie z sekcji dziewięćdziesiąt i również się wciągnęła. A jeśli ktoś lubi dalsze filmy tego reżysera, film ten stanowi debiut dwóch leniwych (przepraszam, energooszczędnych) dilerów marihuany, Jaya i Cichego Boba, których kreacje sprawiły, że tarzałem się ze śmiechu. I zapamiętajcie jedne z ostatnich słów, odnośnie lasagne. Coś w nich jest.


4. Platoon (Pluton, 1986)
Nieco już zapomniany film wojenny, przyćmiony przez nowe dzieła, jak Enemy at the Gates, czy też słynne Saving Private Ryan, należący do mojej prywatnej trylogii wietnamskiej. Pozostałe filmy to Apocalypse Now i Full Metal Jacket. Każdy z tych obrazów pokazuje inną twarz tego konfliktu i każdy solidnie ryje psychikę. Platoon, w reżyserii Olivera Stone’a, pokazuje historię młodego żołnierza (w tej roli Charlie Sheen, jeszcze bez kokainy pod nosem), który jest rozdarty pomiędzy dwoma sierżantami w swojej jednostce – twardym Barnesem, granym przez Toma Berengera i spokojnym, opanowanym Eliasem (Willem Dafoe, którym jeszcze zdążę się zachwycać na tej liście). Konflikt moralny, jaki toczy się wewnątrz protagonisty według mnie świetnie oddaje to, jak musieli czuć się młodzi rekruci rzuceni pomiędzy zahartowanych weteranów i obserwujący brutalność wobec wietnamskich wieśniaków, a jednocześnie i strach, gdyż nigdy nie wiadomo, gdzie chowają się Victor Charlie (Vietcong). Film jest strasznie brutalny, po raz pierwszy widziałem go w wieku może dziesięciu lat i dlatego to właśnie jego wybrałem jako reprezentanta wietnamskiej trylogii. Scena, w której głowa wieśniaka zostaje zmiażdżona uderzeniami kolby strzelby na zawsze odcisnęła się w moim umyśle.


5. Pink Floyd The Wall (Ściana, 1982)
W roku 1981 ukazał się jeden z najbardziej ikonicznych albumów w historii muzyki, nie tylko rockowej, ale ogólnie. Kto nie zna utworu Another Brick in the Wall part 2 lepiej niech nawet się nie przyznaje. Rok później ukazała się fabularyzowana ekranizacja tegoż, nie bójmy się tego określenia, arcydzieła w formie przypominającej klip muzyczny do całego albumu. Film żywcem wykorzystuje motywy opisane w tekstach utworów, opowiadając o chorobie psychicznej i upadku gwiazdy rocka, Pinka (Bob Geldoff). Popularność odbija się coraz bardziej na jego umyśle, nie daje o sobie zapomnieć nadopiekuńczość matki, śmierć ojca, który był oficerem podczas bitwy pod Anzio i którego nigdy nie poznał, oraz niewierność ze strony małżonki i jego samego (chociaż ten wątek lepiej poruszała muzyka, gdzie zdradzał tylko Pink, co jeszcze bardziej czyniło tę postać odpychającą, a jednocześnie fascynującą). Wszystkie te wydarzenia sprawiają, że coraz bardziej odsuwa się od ludzi, kwestionując sławę, posiadanie przedmiotów, widząc, jak metaforyczne robaki toczą jego ciało i umysł. Wprawdzie film niezbyt spodobał się muzykom z popularnej grupy progrockowej, ale mnie zachwycił do tego stopnia, że swego czasu szykowałem jego interpretację (niestety, straciłem ją wraz z poprzednim dyskiem, dlatego teraz robię kopie wszelkich tekstów). Jest to niesamowite studium szaleństwa, które prócz scen z aktorami wykorzystuje charakterystyczne, metaforyczne animacje wykonane przez geniusza w tej dziedzinie – Geralda Scarfe. Właśnie z tej przyczyny, iż nic nie jest podane na tacy, film tak bardzo wciąga i zachęca do kolejnych seansów. Odrzucać może jedynie fakt, iż samych dialogów jest niewiele, a fabuła opowiadana jest dzięki utworom z The Wall (pominięto jedynie Hey You, w zamian dając When the Tigers Broke Free, co bardziej pasuje do obrazu), więc jeśli ktoś nie trawi tego typu muzyki, będzie się niepotrzebnie męczył.


6. Monty Python and the Holy Grail (Monty Python i Święty Gral, 1975)
Lubię brytyjskie komedie ze względu na ich charakterystyczny, absurdalny humor. A film ten jest jego sztandarowym przedstawicielem. Jeśli kogoś nie zachęca sama obecność komików ze słynnej grupy, pozwolę sobie podać inne argumenty. Pomijając już mnogość absurdów, nawiązania do tego dzieła są wciąż, czterdzieści lat później obecne w popkulturze, w tym w najbardziej interesującej mnie gałęzi rozrywki – grach komputerowych. To właśnie ten obraz zapoczątkował Holy Hand Grenade, który znalazł się między innymi w serii Worms, czy też w Fallout 2 (który zawiera więcej smaczków związanych z jedną z najlepszych komedii w historii). To jest film, przy którym od śmiechu rozboli szczęka, ale i jednocześnie zastanowimy się nad niektórymi kwestiami, jak chociażby prześmiewcze przedstawienie socjalizmu. Fabuła opowiada o Rycerzach Okrągłego Stołu, wysłanych celem zdobycia Świętego Grala, gdyż tak zażyczył sobie król Artur. Pythoni piali nawet z własnego budżetu, który był na tyle mały, iż grupy nie było stać na wynajęcie koni. A jeśli komedia rozbawi, warto zapoznać się też ze skeczami i innymi filmami tej grupy.


7. Scarface (Człowiek z Blizną, 1983)
Drugi i ostatni film z Alem Pacino, niestety zapomniany, a szkoda, gdyż jest to przegenialna historia o wzlocie i upadku kubańskiego imigranta do USA. Już sam początek, gdzie cwaniak Tony Montana odpowiada na pytania urzędnika do spraw imigracyjnych nie pozostawia złudzeń, jakim typem postaci jest protagonista. Początkowo uwięziony w obozie pod autostradą, dzięki przemocy wraz ze swoim najlepszym przyjacielem, Mannym, dostaje pozwolenie na prace i pobyt w tym pięknym kraju (sarkazm zamierzony). Jednak nie interesuje go przygotowywanie hot dogów i zmywanie naczyń, Tony mierzy zdecydowanie wyżej. Chce zdobyć pieniądze i kobiety, niekoniecznie w sposób legalny. W ten sposób zostaje uwikłany w biznes narkotykowy. Ale praca jako parobek dla wielkiego bossa nie zaspokaja jego żądz. Postępuje zgodnie z własną myślą: “In this country, you gotta make the money first. Then when you get the money, you get the power. Then when you get the power, then you get the women.”. I to druga rzecz, która stanowi o potędze tego filmu – cytaty. Można nim mówić na co dzień i sporo powiedzeń przeszło do języka angielskiego. Fani Grand Theft Auto: Vice City, którzy nie widzieli tego dzieła, odnajdą sporo nawiązań w swojej ulubionej grze. Ogromną zaletą filmu jest też genialna ścieżka dźwiękowa.


8. Farewell, My Lovely (Żegnaj Laleczko, 1975)
Nie mogło zabraknąć na mojej liście reprezentanta nurtu noir. Ekranizacja jednej z moich ulubionych powieści, autorstwa mistrza Raymonda Chandlera, z genialną kreacją Roberta Mitchuma to film, który powinien znać każdy miłośnik czarnych kryminałów. Akcja osadzona jest w Los Angeles w latach czterdziestych. Phillip Marlowe jest zmęczonym życiem, przepełnionym sarkazmem prywatnym detektywem, który nie stroni od łatwych kobiet, alkoholu, nikotyny i kłopotów. Te ostatnie wręcz zdają się znajdować go same. Tym razem pod postacią „Myszki” Malloya, ogromnego kryminalisty, który dopiero co opuścił więzienie i poszukuje swojej dawnej kobiety. Z pozoru prosta sprawa ma jednak drugie, trzecie i czwarte dno, a Marlowe, chcąc – nie chcąc, staje się częścią dość skomplikowanej historii kryminalnej. Pomimo, iż w powieściach detektyw ma trzydzieści parę lat, tutaj przedstawiono go już jako starszego mężczyznę (Mitchum dobiegał sześćdziesiątki). I było to strzałem w sam środek tarczy. To, jak naturalnie przychodzi temu aktorowi odgrywanie ikonicznej dla mnie postaci przykuło mnie do ekranu i sprawiło, że zapomniałem o wielu kwestiach, które w momencie oglądania targały mój umysł. Istnieją też inne ekranizacje książek tegoż autora, ale moim zdaniem Farewell, My Lovely stanowi idealną bramę do świata kina noir.


9. The Boondock Saints (Święci z Bostonu, 1999)
I znowu pora na polecankę czegoś lżejszego, co jednak przykuwa do ekranu. W zasadzie jest to film o mścicielach, jakich wiele wypluło kino amerykańskie, ale kryje coś, co bardzo lubię. Ogromną dawkę autoironii i nabijania się z samego siebie oraz cliches, jakie pojawiają się w tego typu kinie. Opowiada on o dwóch braciach, Irlandczykach (a zapewne stali czytelnicy pamiętają, co sądzę o tej nacji), którzy zostają zaatakowani w barze przez rosyjskich gangsterów. Ku własnemu zdziwieniu, obijają im twarze lepiej niż Polacy Krzyżakom pod Grunwaldem, ale już następnego dnia zostają przez tę samą grupę zaatakowani we własnym mieszkaniu. W samoobronie, zabijają przestępców hodowanych, sądząc po sylwetce, na paszy dla świń zmieszanej z rosyjskim teściem i wpadają na genialny według siebie pomysł. Skoro Boston tak toczy przestępczość, dlaczego by nie zająć się jego oczyszczeniem? Kupują broń i wyruszają na krucjatę. Szybko zdobywają jednak uwagę FBI i ich tropem rusza najdziwniejszy agent, jaki mógł. Homoseksualista, który w trakcie badania miejsc zbrodni zasłuchuje się muzyką klasyczną i lubi przebierać w damskie ciuszki o przystojnej facjacie Willema Dafoe. Do tego w jednej z głównych ról pojawia się Norman Reedus, znany szerzej z planowanego, niestety anulowanego, Silent Hills i fanom seriali ze swojej roli w The Walking Dead.


10. Amores Perros (2000)
Pamiętam, jak po raz pierwszy oglądałem ten film. Następnego dnia z samego rana czekała mnie dość długa podróż, a mimo wszystko siedziałem w noc, obgryzając paznokcie z emocji, to znowu czując napływające łzy. Film składa się z trzech, z pozoru niezwiązanych historii o mieszkańcach Mexico City. Obraz został zresztą wyreżyserowany przez Meksykanina, postaci są odgrywane przez mieszkańców tego słonecznego i targanego przemocą kraju, a za plenery posłużyły prawdziwe krajobrazy metropolii, głównego bohatera opowieści. Wróćmy jednak do historii, z których wszystkie łączy miłość do psów i to samo uczucie między ludźmi oraz jeden wypadek samochodowy. Pierwsza opowiada o nastolatku, mieszkańcu biednej dzielnicy, który jest zakochany w dziewczynie swojego brata i celem zdobycia pieniędzy na wymarzone życie z kobietą, wystawia swojego psa do nielegalnych walk. Druga to opowieść o popularnej modelce, damie z wyższych sfer i jej pudlu. Dama ta jednak ulega paraliżowi w wyniku kolizji samochodowej, co niszczy jej dotychczasowe, szczęśliwe życie przeplatane przebywaniem z partnerem, na wybiegach i sesjach zdjęciowych. Ostatnia dotyczy bezdomnego, który unika kontaktów z ludźmi, a jego jedyną ostoją jest zgraja psów, własnoręcznie wytresowanych. Jednak skrywa on pewną, mroczną tajemnicę. I to właśnie stanowi o sile tego obrazu. Historie są opowiedziane w sposób bardziej charakterystyczny dla kina europejskiego, niezwykle mocno osadzone w rzeczywistości, przedstawione bardzo naturalnie i brutalnie, jak brutalna może być proza życia. Polecam tę podróż po zróżnicowanych emocjach, jakie funduje obraz Alejandro González Iñárritu.

Ciekawostka:
W trailerze pojawia się utwór De Perros Amores meksykańskiej grupy rapowej Control Machete z gościnnym udziałem Ely Guerry. Control mogą być znani fanom rapu ze wspólnego utworu z Cypress Hill Siempre Peligroso, a miłośnikom gier ze ścieżki dźwiękowej do Total Overdose. Utwór nagrano specjalnie na potrzeby filmu, prócz tego w obrazie pojawia się też Si Señor tej samej grupy. OST tego filmu uważam za genialną mieszankę gatunków i polecam każdemu, kto lubi muzykę latynoamerykańską, niekoniecznie taką, jaką karmią nas telewizje muzyczne i radio.

To dopiero pierwsza lista tego typu. Starałem się przedstawiać jak najmniej filmów na dany gatunek, przez co nieobecność kilku już mnie gryzie w sumienie i za jakiś czas znowu skompiluję taką listę. A jakie filmy Wy, drodzy czytelnicy, polecacie?

6.07.2015

Top 10 protagonistów



Ukończyłem w swoim życiu niezliczoną ilość gier. W części z nich protagonista był raczej postacią słabo zarysowaną, jak na przykład Mario, czy też komandosi z Contry (dopiero po latach dowiedziałem się, że była tam jakaś fabuła). Jednak wraz z rozwojem tego odłamu przemysłu rozrywkowego, zaczęto nadawać bohaterom charakter. Taki pierwszy, który nasuwa mi się na myśl z czasów młodości to Duke Nukem. Z perspektywy widzę, że był to zwyczajny burak z pistoletem w dłoni, ale wtedy, to było coś. Koleś rzucał tekstami na prawo i lewo, był tak naładowany testosteronem, że spokojnie obdarowałby tym hormonem małe państewko i żadna panienka nie potrafiła mu się oprzeć.

Obecnie jednak, na szczęście zresztą, bohaterowie są dużo bardziej rozbudowani psychologicznie niż kiedyś. I właśnie na dziesięciu ulubieńcach, z przeróżnych gier, chciałbym się skupić w tym wydaniu top 10. Jednak, jak to zwykle bywa w przypadku moich list, obowiązują pewne zasady. Po pierwsze, postać musi być grywalna w przynajmniej jednej części serii. Po drugie, jedna postać na serię, jeśli któraś ma sporo części, jak chociażby Resident Evil, będzie temat na oddzielne top 10. Po trzecie, standardowo, kolejność nie ma większego znaczenia. Po czwarte, pomijam postaci, które określonego charakteru nie mają i są kształtowane niemalże w całości przez gracza, więc i komandor Shepard i Bezimienny z Planescape i nawet postaci z Fallouta, nie mają tutaj prawa bytu. Po piąte, najważniejsze, tym razem nie wykluczam gier zrecenzowanych i tych, które dopiero zrecenzuję. Nie owijając więc w bawełnę, zaczynajmy.

1. Alice Liddell (American McGee’s Alice, Alice: Madness Returns)
Chcę zacząć od, moim skromnym zdaniem, najpiękniejszej kobiety, jaką kiedykolwiek przyszło mi grać. Tak, nawet Rayne, ze swoimi czerwonymi włosami, szczupłą sylwetką i ogromnymi… oczami, nie ma szans przy tej wychudzonej nastoletniej brunetce. Dziewczyna cierpi na kompleks ocalałego po pożarze rodzinnego domu i pierwszą część spędza w zakładzie psychiatrycznym Rutledge. Myli się jednak ten, kto myśli, że po opuszczeniu jego murów w jakikolwiek sposób problemy odeszły. Wspomnienia nadal nie dają jej spać po nocach i wciąż uważa, że tamtej nocy także powinna była zginąć. Cóż, prócz wyglądu i choroby psychicznej jeszcze sprawiło, że tak bardzo ją lubię? Jej niezwykle sarkastyczna i wredna natura, objawiająca się w dialogach z postaciami niezależnymi. Przykład? Proszę bardzo: „ And if not, there may be more than one way to skin a cat, if you'll pardon the expression.”, wypowiedziane do Cheshire Cat. Zdobyła moje serce lata temu, a wciąż nie mogę zapomnieć o wspólnie przeżytych przygodach.
2. John „Soap” MacTavish (seria Call of Duty: Modern Warfare)
Dla równowagi, po chorej psychicznie nastolatce, niesamowicie zrównoważony żołnierz brytyjskich oddziałów specjalnych, Special Air Service. W pierwszej części trylogii jest jeszcze młodym rekrutem, z mlekiem pod nosem, biorącym udział w swoich dziewiczych operacjach i od razu rzuconym na głęboką wodę starcia z rosyjskimi ultranacjonalistami. Milczący i bez jakiejkolwiek osobowości, co uważam osobiście za wadę postaci. Zyskał za to charakter w części drugiej, gdzie był dla protagonisty kimś w rodzaju mentora. Wraz z bliznami, przybyło mu sarkazmu w podejściu do spraw, z jakimi musiał się mierzyć. Świetny dowódca, przejęty przez międzynarodową jednostkę Task Force 141, który był gotów dla swoich żołnierzy zrobić wszystko i najlepszy przyjaciel innego kapitana, Johna Price’a, w części trzeciej stał się, niestety, już tylko postacią niezależną. Jednak sam jego wygląd spowodował to, o czym wspominałem przy okazji Top 10 gier – mój łeb zdobi irokez, na tyle zżyłem się z tym Szkotem.

3. Cole Phelps (L.A. Noire)
Były porucznik armii Stanów Zjednoczonych, który po powrocie do kraju wstąpił do policji. Za swoje męstwo na polu bitwy odznaczony został Srebrną Gwiazdą. W głębi serca czuł jednak, że nie zasługuje na to i postanowił odpracować swoje poczucie winy poprzez łapanie przestępców. Początkowo zwykły patrolowy, dzięki swojej inteligencji i skłonności do wściubiania nosa wszędzie tam, gdzie nie powinien, szybko zostaje detektywem. Jednak takie zdarzenie, jak wojna, odcisnęło swoje piętno na jego charakterze. Gracz poznaje jego wojenną historię pomiędzy prowadzonymi sprawami. Dochodzi do tego coraz większe oddalanie się od żony i córek, jakby myślał, że nie ma już z nimi nic wspólnego. Właśnie to, jak tragicznym, pomimo swojego geniuszu, jest bohaterem, sprawiło, że to on tu wylądował, a nie drugi grywalny bohater tej gry, Jack Kelso. Zawsze lubiłem mrocznych, zagubionych w świecie typów, a Phelps do takich się właśnie zalicza. Do tego jest całkiem niezłym twardzielem, co wielokrotnie udowadnia.

4. Bigby Wolf (The Wolf Among Us)
Kolejna postać żywcem wyciągnięta z kina noir. Ale jakże różna od Phelpsa. Podczas, gdy tamten zmaga się ze swoimi własnymi demonami, Bigby próbuje zmyć negatywną reputację, jakiej nabawił się, będąc bardzo złym wilkiem w bajkach i baśniach. Najczęściej robi to poprzez swój sarkazm i obijanie kolejnych twarzy, czy to Drwala z Czerwonego Kapturka, czy też Tweedledee i Tweedleduma.  Nie stroni od alkoholu i papierosów, w przeciwieństwie do Phelpsa, nie próbuje naprawić całego świata, gdyż zdaje sobie sprawę z tego, jaka to syzyfowa praca. Bigby także zajmuje się prowadzeniem śledztw i obroną prawa, jednak w zupełnie inny sposób. Pobicie podejrzanego to także sposób na zdobycie informacji. Oczywiście, gracz może poprowadzić go w zupełnie inny sposób, to jest piękne w grach Telltale, ale Wolf zasługuje na solidnie pokręcony charakter. Potrafi też zaskoczyć humorem, jak w rozmowie z magicznym lustrem, z której to całkiem solidnie piałem. Polecam się z nim zapoznać, ostrzegam tylko, grozi to utratą dziesięciu godzin z życia, aby poznać zakończenie jego historii.

5. Clementine (The Walking Dead)
Skoro o Telltale mowa, nie mogło zabraknąć najlepszej postaci dziecięcej w historii gier. Proszę państwa, oto Clementine. Ośmioletni kompas moralny w sezonie pierwszym, wtedy jeszcze niegrywalny, główna postać w sezonie drugim. Najtwardsza jedenastolatka na świecie. Clementine jest niesamowicie inteligentną, a jednocześnie słodką dziewczynką. Osoby, które skończyły sezon pierwszy, pewnie nie raz i nie dwa razy poczuły ulgę od napięcia, kiedy komentowała jakieś wydarzenie. Jak na dziecko, posiada niesamowity wachlarz umiejętności. Walczy wręcz, posługuje się bronią palną, jest sprawna fizycznie, potrafi sama opatrzyć swoje rany, a do tego zdaje sobie sprawę, w jak ciężkich czasach przyszło jej żyć. Jednak na całą tę zombie – apokalipsę, wydaje się ona być najlepszym towarzyszem. Uwielbiam jej spojrzenia śmierci w sezonie drugim, kiedy doświadczenie odcisnęło piętno na, jakby nie patrzył, młodym umyśle, fakt, że wielokrotnie zachowuje się dojrzalej niż otaczający ją dorośli i to, jak potrafi być sarkastyczna. Należy pamiętać tylko o jednym – nie należy dotykać lub w jakikolwiek sposób przechwytywać czapki Clem, grozi to wyrokiem śmierci.

6. Max Payne (seria Max Payne)
Kolejna postać z problemami. Jak na listach o grach pojawiało się wiele tytułów o żołnierzach, tak tutaj będzie wiele osób, które mają dość mroczną przeszłość. Max był nowojorskim policjantem, spełniającym swój amerykański sen. Jednak, parafrazując jego słowa, sny mają brzydki nawyk zmieniania się w koszmar, gdy się nie patrzy. Jego małżonka i kilkumiesięczna córeczka zostały brutalnie zamordowane przez ćpunów, a on sam pod przykrywką został wtyczką w mafii włoskiej, która rozprowadzała nowy narkotyk, wypróbowany przez niemilców. Targany poczuciem winy, wrobiony w morderstwo swojego jedynego przyjaciela, udał się na samotną krucjatę przeciwko przestępcom. Po tych wydarzeniach, wyjęty spod prawa, wrócił do pracy, jako detektyw, jednak los nie szczędził mu negatywnych zdarzeń. Nie wiadomo, jakim cudem, doczekał emerytury, spędzając ją w barze, przy kolejnych szklankach szkockiej i na kilogramy łykając tabletki przeciwbólowe, aby chociaż trochę ukoić ból po tak wielu stratach. Niestety, kolejna szansa na rozegranie nowej partii kart, praca jako ochroniarz bogaczy w Sao Paulo, również nie wyszła, a wewnętrzne demony powróciły. Max Payne ma jeden z najbardziej rozbudowanych charakterów w historii. Cyniczny alkoholik, który wszystkie wydarzenia komentuje na swój mroczny sposób, o nieciekawej przeszłości, ale jednocześnie zawzięty, aby wyprostować to, co zawalił, szybko stał się jednym z moich ulubieńców. Jego charakter i historia także inspirowane są kinem noir i twórcy doskonale wykorzystują cechy główne, przenosząc jednak takiego bohatera w czasy bardziej współczesne.

7. Stranger (Nocturne)
Pomimo, że gra sama w sobie była przeciętniakiem, to ten seryjny morderca potworów stał się jednym z jej najjaśniejszych punktów. Czy wspominałem już, jak bardzo lubię noir i sarkazm u bohaterów? To się powtórzę, gdyż i ta postać korzysta z charakterystycznego dla ludzi inteligentnych, humoru. Do tego jego głęboki głos, zawsze spokojny i opanowany, nienawiść do potworów i sprawność w posługiwaniu się dwoma Coltami 1911. Niewielu bohaterów z podobną gracją potrafi obrazić z pozoru nieśmiertelnego potwora, a następnie przerobić go na mielonkę. Szkoda, że tak mało wiadomo o historii tej postaci. Krążą jedynie plotki, że w jego żyłach płynie nie do końca ziemska krew, co tłumaczyłoby nieludzki refleks. I także wielka szkoda, że nie pojawił się w większej ilości gier, jedynie jeszcze w Blair Witch Project występuje jako postać niezależna, która nie do końca wierzy w nadprzyrodzone zjawiska dotykające Burkittsville, ale jest go tam zbyt mało aby dalej poznawać jego charakter. Człowiek – (do dziś nie rozwiązana) zagadka, może przez tę swoją tajemniczość, tak mnie ujął.

8. Rayne (seria BloodRayne)
Dopiero trzecia postać kobieca, ale jakże różna od poprzedniczek. Pomimo, że także nastolatka, przynajmniej w części pierwszej, ma kilka cech wyróżniających ją na tle pozostałych. Najważniejszą jest fakt, że nie jest człowiekiem. Rayne jest dhampirem, krzyżówką człowieka i wampira. Jej matka, ludzka kobieta, została zgwałcona przez potężnego krwiossacza, Kagana, który to później, aby córeczka zwróciła się ku niemu, wymordował jej wszystkich krewnych. Jednak miast osiągnąć cel, podsycił ogień zemsty, targający jej umysł. Rayne została zwerbowana przez tajemnicze Brimstone Society i poprzysięgła sobie, że nie spocznie, póki nie zabije własnego ojca. Polowanie czerwonowłosa piękność rozpoczęła jeszcze przed drugą wojną światową i kontynuowała aż do czasów współczesnych, przez który to okres strasznie zbrzydła. Ale preferencje osobiste na bok, ta żeńska wersja Blade’a różni się również od poprzedniczek inną cechą. Clem jest niewinną dziewczynką, Alice jest niespełna rozumu i chociaż zdaje sobie sprawę ze swojej seksualności, zdaje się nią brzydzić, a Rayne jest w tej cesze niesamowicie wulgarna. Nie tylko wie, że spełnia fantazje wielu mężczyzn, ale także wykorzystuje to i rzuca niewybredne komentarze na prawo i lewo. Pomimo, że jest tak bardzo cliche, uwielbiam ją i chętnie bym się z jej rzeczywistą wersją umówił, gdyby nie lęk przed utratą krwi w organizmie. Ale czy nie podnieca człowieka niebezpieczeństwo?

9. Tommy Vercetti (Grand Theft Auto: Vice City)
Trzecia postać z gry wydanej przez Rockstar. Trzeba jednak oddać panom z tej firmy, że niesamowicie dobrze kreują bohaterów swoich tytułów. Po dwóch detektywach pora jednak stanąć po drugiej stronie barykady i wybrać przestępcę. Thomas jest członkiem włoskiej mafii w Liberty City, który właśnie zakończył odsiadywanie piętnastu lat za masakrę, jakiej dopuścił się na gangsterach z konkurencyjnej organizacji. Góra podjęła decyzję, ze nie może pałętać się po ulicach miasta, w którym dopuścił się zbrodni i wysyła go na południe, do wzorowanego na Miami, niesamowicie kolorowego i słonecznego Vice City, aby tam, poprzez handel narkotykami, zdobył przyczółek. Niestety, już pierwsza z transakcji kończy się zasadzką, Tommy traci i towar i pieniądze, a jego celem staje się dowiedzenie, kto stał za całym tym wydarzeniem. Twardy i sarkastyczny (znowu, to się robi nudne) powoli buduje sieć kontaktów, aby następnie stworzyć swój własny gang, przy poparciu mocnych tego miasta. Do tego jego głos to mowa Raya Liotty. Czy potrzeba większej rekomendacji, aby zapoznać się z tym działającym w 1986 roku bohaterem?
10. Raziel i Kain (seria Legacy of Kain)
Jak ja czasami lubię łamać własne zasady. Jednak tych dwóch bohaterów musi być umieszczonych razem, gdyż ich losy są nierozerwalnie związane. Żyjący w krainie Nosgoth, szlachcic Kain zaraz na początku pierwszej części, Blood Omen, został zamordowany i wskrzeszony jako wampir. Opętany żądzą zemsty, wyruszył masakrować wszystkich, którzy mogli mieć jakiś związek z jego nagłym zgonem, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo jest tylko marionetką. Wiele lat później tworzy własną społeczność wampirów, które rządzą tym, co pozostało z niegdyś pięknej krainy. Jednym z poruczników jego potężnej armii jest właśnie Raziel. Ciemnowłosy młodzian pokazuje swojemu przywódcy skrzydła, jakie wykształcił w drodze ewolucji, jednak Kain nie jest zachwycony faktem, iż jakiś podrostek rozwinął się szybciej niż on. Pozbawia go nowego nabytku, a samego Raziela strąca w otchłań, w której powinien był zginąć. Powinien, gdyż pradawne bóstwo zapewnia mu kolejny żywot, jako pół wampir, pół demon, który w zamian za dusze zdobywane dla bytu, będzie mógł dokonać swojej zemsty. I ten pościg celem rewanżu jest głównym motorem napędowym całej historii. Ale obaj panowie nie są wyprani z charakteru. Kain jest brutalnym władcą, nie znosi sprzeciwu i często ucieka się do przemocy. Preferuje walkę otwartą, ze względu na swoją siłę. Szacunkiem nie darzy nawet pokonanych, wołając po niektórych zabójstwach „Vae victis!” (biada pokonanym). Raziel z kolei jest niezwykle zagubiony w nowej roli i zastanawia się wciąż, jaką rolę ma odegrać w historii Nosgoth, gdyż jest przekonany, że każda postać ma z góry określone przeznaczenie. To, jak się rozwijają ich losy i jak panowie bardzo za sobą nie przepadają, a jednocześnie, jak obu bardzo polubiłem sprawiło, że swego czasu żyłem po prostu atmosferą i dziejami mitycznej krainy.

Zdecydowałem się poruszyć ten temat, gdyż jestem typem gracza immersyjnego. Wciągam się w dany tytuł, często nawet nim żyję, poznaję dodatkowe informacje, a dobrze zaprojektowany bohater znacząco mi to ułatwia. Kiedy mogę się zżyć i zidentyfikować z prowadzoną postacią, wpadam po sam czubek głowy w klimat i nie chcę wychodzić. Standardowo, ograniczenie do dziesięciu sprawiło, że musiałem parę postaci pominąć. A kto jest Waszym ulubieńcem?

1.06.2015

Top 10 gier w latach 2006 - 2014



Poprzednia lista top zawierała gry do 2005 roku. Pora jednak spojrzeć na tytuły bardziej współczesne, wypuszczone w latach 2006 do 2014. Przyznaję się, że sporo gier mnie ominęło, ze względu na przestarzały sprzęt, jednak po jego ulepszeniu nadrabiałem zaległości. Zasady listy są identyczne, więc nie chcę się powtarzać. Zaczynajmy więc.

1. XCOM: Enemy Unknown (2012)
Ponieważ ostatnim razem zacząłem z grubej rury, to i tym razem chcę to zrobić. Mam ogromny sentyment do UFO: Enemy Unknown (X-COM: UFO Defense lub też X-COM: Enemy Unknown), straciłem wiele nocy na ten tytuł. Kiedy więc dowiedziałem się, że Firaxis przyszykowało remake, jak na skrzydłach pobiegłem do sklepu. I nie żałuję. Można by to nazwać wręcz idealnym przykładem odświeżenia marki. Założenia niewiele się zmieniły, nadal gracz dowodzi XCOM (Extraterrestrial Combat Unit), nadal zmaga się z obcymi na płaszczyźnie taktycznej i ekonomicznej i nadal regularnie dostaje baty. Zmniejszono wprawdzie ilość komandosów zabieranych na misję, ale dzięki możliwości nazwania ich, ustalenia wyglądu i podziałowi na cztery klasy, łatwiej się z nimi zżyć. Powrócili za to starzy znajomi, jak Sectoidy, Mutoni i Ethereale, wraz z kilkoma nowymi przeciwnikami. Gra ma świetny system osłon, ulepszony jeszcze przez dodatek, dzięki któremu dopiero zaczyna się niesamowita zabawa. Straciłem na ten tytuł wiele godzin, ukończyłem kilka razy i… ciągle mi mało walk. Pamiętam wszystkie swoje błędy taktyczne, które popełniłem, pamiętam swoich komandosów i ich czyny, pamiętam poległych. Do tego to pierwsza gra strategiczna, w którą wygodniej grało mi się z pada, aniżeli standardowej kombinacji myszy i klawiatury.

2. Gears of War (2007)
Trzecioosobowa strzelanka z konsol. Co może w niej być takiego, że znalazła się na tej liście? Klasyczny system osłon, dużo strzelania i twardzi żołnierze, którzy niczego się nie boją. Dosłownie klasyka. A nie, chwila, mam coś. Lancer, karabin połączony z piłą, tego jeszcze nie było. I naprawdę wartka akcja, wciągająca wojna z obcymi z rasy Locust, a nade wszystko, nielichy poziom trudności. Ta gra została zaprojektowana do zabawy na wyższych poziomach. Nie wyobrażam sobie, pomimo czasowych trudności, odpalić jej na casual. Jedyne, co mnie drażniło, to fakt, że przez całą grę widziałem głównie tyłek Marcusa Fenixa i mięśnie jego kolegów. Ale to już czepianie na siłę. Gra pompuje adrenalinę niczym festiwal bloków w koszykówce. Dlaczego jednak Epic zdecydował się tylko pierwszą część puścić na PC? Jako PC master race, chcę resztę, już, teraz, natychmiast. Chcę znowu zabijać Locustów. Chcę być GOW.

3. Mass Effect trylogia (2007, 2010, 2012)
Pierwsza cała trylogia na tej liście (spokojnie, będzie jeszcze jedna). Ze względu na konstrukcję tej serii, ciężko jest mi wybrać jedną, konkretną część jako ulubioną. Od początku traktuję ME jako całość. Czym mnie więc ten tytuł ujął? Rozbudowaną, jak to się teraz mówi, epicką fabułą. Możliwością kształtowania, nie tylko odgrywania historii. Postaciami, które towarzyszą graczowi (tak, Tali, Garrus, Grunt, Zaeed, na was patrzę). Ogromem świata, który przyszło zwiedzić. Niesamowitym zróżnicowaniem ras. Aż sześcioma grywalnymi klasami. Niezłym multi w trójce. Ilością questów do wykonania. Programiści z Bioware zapewnili mi rozrywkę na ponad siedemdziesiąt godzin przy jednym tylko przejściu. I do tego stworzyli najbardziej realistyczny system reputacji, z jakim spotkałem się w RPG. Dobre uczynki nie wymazują złych. Raz już ukończyłem, jako paragon infiltrator Corey Shepard, teraz bawię się jako vanguard Kate Shepard, idąc nieco inną ścieżką, a w czasie późniejszym planuję pobawić się także jako renegat. Gra jest naprawdę na wiele przejść i w pewnym sensie nią żyłem. Tu nie wcielam się w postać, tu nią jestem.

4. Call of Duty: Modern Warfare trylogia (2007, 2009, 2011)
Znowu żołnierze, ale chyba nikogo już to nie dziwi na moich listach. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób nie znosi tego odgrzewanego co roku kotleta, ale seria Modern Warfare to adrenalina przez kilka godzin fabuły. A ta z kolei zajeżdża mi ostro Tomem Clancy’m. Przez Modern Warfare i Soapa zacząłem nosić irokeza, który do dzisiaj zdobi mój łeb. Notabene, stał się ten Szkot jednym z moich ulubionych bohaterów gier w historii. Fakt, że rozgrywka jest tu oparta wciąż o ten schemat, że drużyna jest zbieraniną ślepych kretynów, ale co z tego? To nie miał być symulator działań wojennych w stylu OFP, to miał być wysokobudżetowy film akcji i jeśli z takim nastawieniem się do niego zasiądzie, nagle okazuje się, że mamy do czynienia z genialnym spełnieniem tych założeń. Nie zliczę już, ile razy tę serię kończyłem, zazwyczaj robię to ze dwa razy w roku. Nawet mój szwagier, który wpadł do nas, gdy akurat grałem w drugą część, był zaskoczony realizacją pościgu na lotnisku. Przyznam się, że po Black Ops 2 już nie grałem w żadne CoD, a i te z Treyarch mi się aż tak bardzo nie podobały, ale MW na zawsze pozostawi niesamowite wspomnienia.

5. Spec Ops: The Line (2012)
Jeden z najcięższych tytułów na tej liście. Nie dlatego, że jest jakoś specjalnie trudny bądź skomplikowany pod względem rozrywki. Ta jest raczej standardowa, jeśli chodzi o trzecioosobowe strzelanki wojskowe. Ukrycie za osłoną i otwarcie ognia, przy oberwaniu odczekanie, aż zdrówko się zregeneruje i dalsze naparzanie w przeciwników. Niemcy z Yager Development postawili na coś innego w tej rozgrywce. A mianowicie na opowiadaną historię. Ta sprawiła, że przez pewien czas zastanawiałem się, czy nie uczynić z tego tytułu bohatera tekstu Stracharium. Jeśli ktoś czytał Heart of Darkness Josepha Conrada, ma już pewien zarys fabuły. Nie chcę się za bardzo zagłębiać, ale historia opowiada dzieje oddziału zwiadowczego Delta Force, wysłanego do Dubaju, zniszczonego przez potężne burze piaskowe. Rządy tam objął pułkownik Konrad, który odmówił ewakuacji, aby zająć się cywilami. Postać kierowana przez gracza, kapitan Martin Walker, ma wobec niego dług wdzięczności. W Afganistanie, John Konrad uratował mu życie. Jednak to tylko ogólny zarys, a popadanie Walkera w szaleństwo jest przedstawione genialnie. Ta gra może w pewnym momencie sprawić, że gracz znienawidzi i swoją postać i siebie. Trzeba oddać, że jest niesamowicie brutalna, a pewien fragment z moździerzami do dziś nawiedza mnie w nocy.

6. L.A. Noire (2011)
Rockstar ma nosa do świetnych tytułów. W przypadku L.A. Noire nie było inaczej. Gra małego studia Bondi, osadzona latach czterdziestych w Los Angeles idealnie uchwyciła klimat kina tamtych czasów. Mówiłem już kiedyś, że będąc małym chłopcem, chciałem być żołnierzem. Kiedy podrosłem trochę, moim marzeniem było zostać detektywem i ten tytuł pozwolił mi zrealizować to marzenie, jeszcze do tego w tych genialnych czasach, kiedy i kobiety i mężczyźni ubierali się z klasą, w ramach relaksu chodziło się do knajpek jazzowych, a nie klubów z ogłuszającą muzyką, a samochody wyglądały jak samochody, nie elektryczne golarki. Tak, mam ogromną słabość do tego okresu, ale zdaję sobie sprawę równocześnie, że był niesamowicie mroczny (wspomnieć wystarczy zabójstwo Elizabeth Short), a sprawy w grze są oparte o prawdziwe sprawy badane przez LAPD w tamtych czasach. Gracz będzie pracował w czterech wydziałach, w każdym zajmując się badaniem dowodów, przesłuchaniami i dodatkowymi interwencjami w mieście. Tytuł zawiera bardzo ciekawą mechanikę związaną z twarzami i rozpoznawaniem kłamstwa. Mianowicie twarze postaci są dokładnie zeskanowanymi twarzami aktorów, wraz z odpowiednią mimiką, a nawet i ruchami gałek ocznych. Większość postaci jest zagrana niesamowicie, a fabuła, z pozoru prosta, wraz z czasem nabiera rumieńców.

7. Far Cry 3 (2012)
Nie przepadam za bardzo za grami z otwartym światem. Preferuję liniową rozgrywkę, za to z dużą ilością urozmaiceń po drodze. Liniowość pozwala na wprowadzenie wielu skryptów, które sprawią, że dużo bardziej wczuję się w rozgrywkę. Jednak Far Cry 3, jak na strzelankę z otwartym światem, dostarcza tego, czego oczekuję po FPSach, emocji. Fakt, że w pewnym momencie znudziło mi się już bieganie po wyspie i odblokowywanie wszystkiego, ale tu wychodzi moja pedantyczność, jak już dostanę grę w swoje łapska, chcę odblokować wszystko. Szczególnie jednak zależało mi na karabinie szturmowym z tłumikiem. To jedna z pierwszych gier, gdzie naprawdę chciałem się skradać, zaraz obok Hitmanów. Nie chciałem wbiegać w połnyj rost i siać na prawo i lewo kulami, zależało mi na zdobyciu posterunków bez wzniecania alarmu. Do tego to polowanie na zwierzęta. I Vaas. Tak, Vaas to drugi powód, dla którego noszę irokeza. Jego przemówienie o szaleństwie znałem swego czasu na pamięć i oglądałem wielokrotnie na youtube.com. Szkoda, że było go tak mało, ale to jeden z najbardziej wyrazistych antagonistów, z jakimi spotkałem się w grach. I stanowił idealną przeciwwagę dla nudnego, wypranego z charakteru Jasona. To był mój największy problem z tą grą, ale kiedy zapominałem o tym, jakim patałachem przyszło mi grać, bawiłem się niesamowicie świetnie.

8. Mortal Kombat (2013)
Od razu podkreślę, dlaczego 2013. Mianowicie posiadam wydanie na PC ze wszystkimi DLC (poza Kratosem, psia jego jucha, który był exclusive dla PS 3). Żeby zrozumieć, jakim fenomenem dla mnie jest ta gra, trzeba się cofnąć do początków dwudziestego pierwszego wieku. Wtedy odpaliłem Mortal Kombat Trilogy i wciągnąłem się na długie godziny. Jednak po tych wielu latach gra nie zdawała egzaminu. Grało się w to topornie. Więc ulepszona wersja pierwszych Mortali, zatytułowana po prostu Mortal Kombat, wciągnęła mnie po same uszy. Te fatality w pięknej grafice, zestaw postaci składający się głównie z klasycznych ulubieńców (i ludzki Smoke, którym kopałem rywali niemiłosiernie). To pierwsza bijatyka, w którą z ogromną frajdą grałem na ekspercie. Tak, kompletne beztalencie do bijatyk, niemalże ukończyło tę część na najwyższym poziomie trudności, tak się zawziąłem. Do tego dochodzi tryb fabularny, prostacki niesamowicie, ale idealnie łączący wątki pierwszych trzech części, z lekkimi modyfikacjami. Nie chce mi się sprawdzać na Steam, ile godzin spędziłem, ale żadnej nie żałuję. Największą frajdę jednak sprawiało skopanie rywala żywego, popijając przy tym piwo, a na koniec załatwiając eleganckim Fatality. Wiem, że to mało wychowawcze, ale nawet moja wtedy trzyletnia siostrzenica ze mną pocinała i całkiem szybko się uczyła. Jak podrośnie, będzie moim stałym rywalem.

9. The Wolf Among Us (2013 – 2014)
Dobra, tu miałem spory dylemat. Mianowicie Max Payne 3 to też kawał świetnej gry, ale jednak The Wolf Among Us mnie rozbiło. Telltale robi świetne interaktywne komiksy i tym razem nie mogło być inaczej. Pierwsze zetknięcie się z nimi na tych łamach to The Walking Dead, jednak w świat baśni wciągnąłem się jeszcze bardziej. Na pewno to sprawka świetnej kreacji protagonisty, którym jest nie kto inny jak Bigby Wolf (czyli Big Bad Wolf, lub, jak kto woli, Wilk z Czerwonego Kapturka i Trzech Świnek). W ludzkiej postaci jest szeryfem wśród wygnanych z bajek i baśni bohaterów i antagonistów. Pojawiają się też Ichabod Crane, Drwal, a nawet Królewna Śnieżka. Jakby tego było mało, wyraźnie czuć inspirację filmami noire z lat czterdziestych. Bohater to kawał drania, jeśli się go odpowiednio poprowadzi, jest sarkastyczny, lubi się napić, zapomniał chyba, do czego służy maszynka do golenia i wiecznie miętosi w ustach papierocha. Sama fabuła, tajemnicze śmierci prostytutek to kolejna rzecz wyjęta żywcem z tamtego kina. Po cichu liczę, że Telltale zdecyduje się kontynuować tę historię i nie usuwam zapisów.

10. Door Kickers (2014)
Jedyna pozycja niezależna na tej liście. Zakupiona na Steamie za grosze dała mi wiele godzin zabawy, nagrywania akcji i analizowania błędów. W zasadzie jest to symulator działania oddziałów specjalnych, ale nie taki, jak seria SWAT. Tutaj się układa plan, ustawiając kąty obserwacji, gdzie ma polecieć hukowo – błyskowy, a resztę sami wykonują podopieczni. Niby można rozegrać całą misję przestawiając ręcznie funkcjonariuszy, tylko po co? To już nie daje takiej zabawy. Można też akcje nagrywać i później dzielić się nimi w sieci, zapisane w popularnym formacie .avi sam wrzucałem, jeszcze przed rozpoczęciem projektu Stracharium. Czym jeszcze zdobyli mnie autorzy? Za te grosze, które im przelałem, cały czas aktualizują grę o nowe bronie, kampanie, jest aż pięć klas funkcjonariuszy (nie licząc snajperów, którzy strzelają spoza planszy i nie liczą się do oddziału) i, wyjątkowo, każda ma zastosowanie. W ogóle, już początkowy arsenał był ogromny i taki maniak broni palnej, jak ja, mógł spędzać godziny na czytaniu o poszczególnych spluwach. Według Steam, autorzy właśnie szykują kolejne ulepszenie, więc pora odkurzyć hełm, wyczyścić karabin i rozwalić paru tangos.

W ten sposób dobrnęliśmy do końca listy. Znowu wiele tytułów jest niezwykle poważnych, jak chociażby Spec Ops, czy też L.A. Noire. Niestety, kilka gier musiałem pominąć, jak wspomniany już Max Payne 3 lub też Breach & Clear, kolejna niezależna gra taktyczna. Kolejna lista będzie obejmowała tytuły od 2015 roku i pojawi się dopiero w roku pańskim 2024, o ile do tego czasu będę jeszcze prowadził tego bloga.

Jeśli chodzi o horrory, planuję na rocznicę istnienia Stracharium skompilować moje top 10 ze zrecenzowanych tytułów. Tymczasem pozostaje mi życzyć Wam, z okazji dnia dziecka, udanych wakacji, bezproblemowej sesji bądź innego rodzaju egzaminów i morza grozy pod nogami, czy to przy filmach, czy grach.